Wizyta domowa cz. 2

Telefon dzwoni zwykle wtedy, gdy moje własne dzieci się kąpią i mają pianę na włosach, buduję z nimi bazę pod stołem, albo otwieram nową gazetę branżową i z mam ochotę się zabrać na czytanie nowości w neonatologii z 2017 roku.

Po drugiej stronie słuchawki ktoś ma chore dziecko i wybrał wizytę domową jako formę konsultacji lekarskiej.

Spłukuję pianę z włosów, opuszczam „bazę”, zamykam gazetę (w końcu nowości neonatologiczne z 2017 roku do jutra się nie zdezaktualizują), sprawdzam zawartość torby, uzupełniam ją o świeży patyczek do gardła, ładują aparat USG i zabieram naklejki (obowiązkowo!)

W samochodzie wklepuję w nawigację wskazany adres i zazwyczaj docieram na miejsce zgodnie z instrukcjami nawigacji. Wtedy doceniam wszelkie udzielone wskazówki: drzwi mocno popchnąć, wejście pod różowym banerem z napisem „Solarium EDEN”, zły pies nie gryzie, zaparkować pod garażem sąsiada z dużą tabliczką „NIE PARKOWAĆ” i tym podobne…

Skoro już naruszam domowy mir, robię wszystko, żeby wizyta przebiegła w miłej, niekrępującej i przyjaznej atmosferze. Jeśli trzeba, to równolegle leczymy misia, badamy się niespostrzeżenie przy okazji różnych zabaw. Czasem proszę rodziców o pomoc, czasem zmuszona jestem trochę forsować badanie. Jeśli Twoje Dziecko drze się w niebogłosy, nie chce dać się dotknąć, a starszak mówi, że nie mam prawa go dotykać bez jego zgody, bo tak mu mówili w szkole – nie jest to dla mnie zaskoczenie. Jedyne, co sobie wtedy pomyślę, to „uf, nie tylko moje tak ma”, albo: nie dam mu naklejki, nie zasłużył! Ze starszakiem oczywiście pertraktuje i zwykle udaje się osiągnąć wystarczający poziom współpracy.

Gdy już zbadam dziecko, wypiszę zalecenia, recepty, na wszelki wypadek upewniam się, że wszystko jest zrozumiałe i czytelne, choć staram się nie pisać „lekarsko”. Jeśli uznam, że stan dziecka wymaga pilnej diagnostyki szpitalnej, albo leczenia wymagającego założenia dojścia dożylnego, kieruję dziecko do szpitala, ale zazwyczaj, większość chorób da się wyleczyć w warunkach domowych i nie wymagają hospitalizacji.

Na koszt wizyty składają się: dojazd i czas, amortyzacja mojego sprzętu, części zużywalnych. I wiedza, która pozwala mi swobodnie poruszać się w obszarach medycyny dziecięcej. Zawartość mojej torby jest dobrze przemyślana i staram się mieć ze sobą wszystko, co potrzebne, żeby na miejscu kompleksowo zbadać Twoje Dziecko. Zawartość mojej torby lekarskiej – to osobny temat.

Jeśli nie mogę przyjechać do Twojego Domu, powiem to od razu. Zaproponuję inny termin, zaproszę Cię z dzieckiem do gabinetu.

Gdy śpię – wyłączam telefon. Jeśli obawiasz się, czy nie jest za późno, żeby dzwonić – niepotrzebnie. Najwyżej odbijesz się od poczty głosowej.

Dobranoc! Wyłączam telefon.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *