Klara robi planki obok Ani, a tymczasem moje leżą plackiem obok mnie, z książką. Jakie matki takie dziatki, prawda to! Zwykle nawyki zdrowotne dzieci dziedziczy się w linii prostej od rodziców. 

Nie chcę być kolejną lekarką, która zaalarmuje, że “otyłość i nadwaga u dzieci to poważny problem i choroba cywilizacyjna, bo dotyka od 30-70% młodocianych”. Nie chcę też recytować definicji, że dzieci poniżej 90 precentyla BMI są ok, a powyżej 97 są otyłe.

Zauważę za to, że te ze skrajnych centylów często czują już na swojej psychice nie tylko efekty “lekarskiej troski”, ale też społecznego piętnowania.

Wiadomo: wszystko rozchodzi się o zdrowie, więc wiele chwytów dozwolonych: krępujące badania w samych gaciach, kłucie, żeby sprawdzić czy to może tarczyca, czy już zaburzenia gospodarki cukrowej i lipidowej. 

Odnoszenie każdego wymiaru ciała do norm ma medyczny sens, ale nie jarajcie się tak tymi centylami oceniając całościowo dziecko.

Pandemia trochę namieszała w naszych garach i zwyczajach, uziemiła dzieci przy komputerach, pozbawiła regularnych sportów szkolnych i często zajęć dodatkowych opartych o aktywność fizyczną. 

Promotorką mojej pracy magisterskiej z psychologii jest wybitną specjalistką od zaburzeń odżywiania u dzieci, która zajmowała się “reprezentacją psychiczną własnej choroby i obrazem ciała”. Uświadomiła mi, że są osoby, które się ruszają i zdrowo odżywiają, bo kochają swoje ciała, a są takie, które robią to, bo go nienawidzą i chcą za wszelką cenę je zmienić.  

Zauważę, że zmuszanie dzieci do uczestnictwa w zajęciach sportowych, na które nie mają ochoty i “nie żryj” rzucone mimochodem, gdy dziecko sięga po coś ze stołu – to już przemoc. 

Zamiast wyrecytować Wam ważną podręcznikową wiedzą o stosunku makroskładników w diecie, a potem szczegółowe wyliczyć ile dziecko powinno spożyć kalorii w ciągu doby, powiem Wam, że warto mieć wiedzę o zdrowym odżywianiu, ale równie ważne jest to żeby kształtować w dzieciach zdrowy stosunek do jedzenia, nie zabić w nich radości z aktywności fizycznej, która im odpowiada i najważniejsze: nauczyć je samoakceptacji, która będzie z nimi niezależnie od ich wyglądu. 

Moje dzieci nigdy nie miały talerzyka z podziałkami: pół dla warzywek, ćwierć dla kaszy i ćwierć dla mięska… Takie miareczkowanie posiłków bardziej niż z kształtowaniem dobrych nawyków, kojarzy mi się z potrzebą kontroli u matki, a taka kontrola nie zawsze prowadzi do zamierzonych skutków. 

Jak to jest u nas?

Czasem z obiadu znikają tylko ziemniaki, a innego dnia wyjedzą marchewką i selerem naciowym miseczkę humusu.  Staramy się niektóre wieczory zamiast nad planszą chińczyka spędzać z czołówkami w lesie. 

Jemy czekoladę tylko gdy naprawdę mamy na nią ochotę a nie ilekroć mama przyniesie paczkę Merci w podzięce od pacjenta.

Proste rzeczy. 

Wczoraj pacjent uświadomił mi, że w moim gabinecie mieszkają jakieś pokemony. To była dla mnie inspiracja: spacer okraszony rodzinnym zbieraniem pokemonów, bez najmniejszego marudzenia, znacznie bardziej podnosi tętno i wydłuża dystans (dzisiaj do 8km). 

Takich inspiracji szukam.  Nie kolejnych fit-apek, nie zdjęć przed-po, nie diet-cud.. 

Jeśli macie jakieś patenty, profile, które podpowiadają jak utrzymać nie tylko siebie, ale całą rodzinę w dobrej formie fizycznej i psychicznej – dajcie znać!